Pies, kot, żółw, węże, kangur, królik, alpaka czy kura w przedszkolu albo w szkole, zajęcia z końmi – jeszcze kilkanaście lat temu były ciekawostką. Dzisiaj podobne oferty nikogo już szczególnie nie dziwią. I nie ma w tym nic złego. Kontakt ze zwierzęciem może być niezwykle wartościowym elementem edukacji, wychowania, wspierania rozwoju, a w rękach odpowiednio przygotowanego specjalisty również pracy terapeutycznej. Problem zaczyna się gdzie indziej. Kto właściwie prowadzi takie zajęcia i jakie ma kwalifikacje?
Po pandemii dzieci potrzebowały pomocy. Rynek szybko odpowiedział
Szczególne zapotrzebowanie na różnego rodzaju formy wsparcia dzieci stało się widoczne po pandemii COVID-19. Po powrocie do szkół i przedszkoli wiele dzieci mierzyło się z trudnościami emocjonalnymi, społecznymi, lękami czy problemami w ponownym funkcjonowaniu w grupie.
Placówki zaczęły poszukiwać atrakcyjnych form wsparcia.
Jednocześnie bardzo szybko rozwijał się rynek usług z udziałem zwierząt oraz kursów przygotowujących – przynajmniej według nazw umieszczanych na certyfikatach – „instruktorów animaloterapii”, „dogoterapeutów”, "felinoterapeutów" czy „instruktorów alpakoterapii”.
Większość takich szkoleń można ukończyć przez Internet. I właśnie dlatego postanowiliśmy zapytać nie organizatorów kursów, ale organ sprawujący nadzór pedagogiczny czy taki dokument ma jakąkolwiek wartość.
Terapeutki: coraz trudniej konkurować z certyfikatem zdobytym online
Tematem zainteresowaliśmy się po sygnałach, które dotarły do naszej redakcji od kilku terapeutek od lat pracujących zawodowo z dziećmi i wykorzystujących zwierzęta jako element swojej pracy.
Jak zwracały uwagę w rozmowach z naszą redakcją, na rynku pojawia się coraz więcej osób, których przygotowanie do prowadzenia zajęć określanych jako „terapia” ogranicza się do ukończenia kursu, nierzadko internetowego. Według naszych rozmówczyń w sieci można znaleźć szkolenia reklamowane jako kursy przygotowujące do pracy w obszarze animaloterapii, które można ukończyć bardzo szybko i za niewielkie pieniądze. Dla specjalistów, którzy wcześniej zdobywali wykształcenie kierunkowe, przygotowanie pedagogiczne lub terapeutyczne, odbywali praktyki, a następnie dodatkowo szkolili się w pracy ze zwierzętami, rodzi to coraz większy problem. – Nie chodzi o to, żeby zamknąć komuś możliwość prowadzenia zajęć ze zwierzętami. Problem zaczyna się wtedy, kiedy po krótkim kursie ktoś zaczyna przedstawiać się jako terapeuta i sprzedawać swoją usługę placówkom jako terapię – zwraca uwagę jedna z naszych rozmówczyń, która chce pozostać anonimowa.
Terapeutki wskazują również na aspekt ekonomiczny. Osoba, która nie poniosła kosztów wieloletniego kształcenia i specjalistycznego przygotowania, może zaoferować placówce znacznie niższą cenę. A w sytuacji, gdy przy wyborze oferty decydują przede wszystkim atrakcyjne zdjęcia zwierząt i koszt zajęć, wykwalifikowany specjalista zaczyna konkurować ceną z osobą posiadającą jedynie certyfikat ukończenia kursu.
To właśnie te sygnały skłoniły nas do zadania podstawowego pytania: czy ukończenie kursu animaloterapii rzeczywiście wystarcza, aby prowadzić terapię dzieci w szkole lub przedszkolu?
Zapytaliśmy Kuratorium
Do Śląskiego Kuratora Oświaty skierowaliśmy kilka szczegółowych pytań. Chcieliśmy wiedzieć m.in., jakie kwalifikacje powinna posiadać osoba prowadząca animaloterapię w placówce oświatowej, czy sam certyfikat ukończenia kursu jest wystarczający, jak wygląda sytuacja dzieci posiadających orzeczenia o potrzebie kształcenia specjalnego, kto odpowiada za sprawdzenie kwalifikacji prowadzącego oraz czy takie zajęcia mogą być finansowane ze środków przeznaczonych na specjalistyczne wsparcie dzieci. Otrzymaliśmy pisemną odpowiedź podpisaną przez Aleksandrę Dylę, Śląskiego Kuratora Oświaty.
Sam kurs nie robi specjalisty
Jedno z najważniejszych zdań odpowiedzi Kuratorium dotyczy właśnie wartości certyfikatu ukończenia kursu. - Ukończenie kursu z zakresu alpakoterapii, dogoterapii czy innej formy animaloterapii może stanowić kwalifikację dodatkową, jednak nie zastępuje kwalifikacji wymaganych przez przepisy prawa oświatowego – wyjaśnia w odpowiedzi udzielonej naszej redakcji Aleksandra Dyla, Śląski Kurator Oświaty.
To zasadnicza różnica.
Kurs może poszerzyć wiedzę pedagoga, psychologa, nauczyciela, terapeuty czy innego specjalisty. Może dać dodatkowe narzędzie do pracy.
Nie powoduje jednak automatycznie uzyskania kwalifikacji zawodowych wymaganych do prowadzenia konkretnego rodzaju specjalistycznych zajęć.
Nie nazwa decyduje o tym, czym są zajęcia
To kolejna bardzo istotna kwestia wynikająca ze stanowiska Kuratorium. Pod pojęciem animaloterapii mogą kryć się bardzo różne aktywności. Czym innym jest spotkanie edukacyjne z psem, kotem, żółwiem, kangurem czy alpaką. Czym innym animacja albo zajęcia przyrodnicze. A jeszcze czym innym rewalidacja, pomoc psychologiczno-pedagogiczna czy terapia.
Dlatego o wymaganych kwalifikacjach nie może decydować efektowna nazwa usługi. Liczy się rzeczywisty charakter zajęć i zadania wykonywane przez prowadzącego.
Samo wejście ze zwierzęciem do szkoły nie czyni z zajęć terapii. Ale działa to również w drugą stronę. Samo napisanie na plakacie czy stronie internetowej słowa „terapia” nie czyni z prowadzącego terapeuty.
„Terapia” tylko z nazwy? O to również zapytaliśmy.
Dla rodzica słowo „terapia” ma konkretne znaczenie. Jeżeli słyszy, że jego dziecko będzie uczestniczyć w terapii, może zakładać, że chodzi o profesjonalną formę specjalistycznego wsparcia. Dlatego odpowiedź Kuratorium jest tutaj szczególnie istotna. – Co do zasady nie powinno się określać zajęć mianem „terapii”, zwłaszcza jeśli sugeruje to świadczenie usług terapeutycznych przez osobę, która nie posiada odpowiednich kwalifikacji zawodowych. Jeśli osoba nie jest uprawnionym specjalistą (np. psychologiem, fizjoterapeutą, terapeutą zajęciowym, logopedą lub przedstawicielem innego zawodu wykonującego terapię w swoim zakresie kompetencji), używanie określenia „terapia” może wprowadzać odbiorców w błąd co do charakteru i celu oferowanych usług – wskazuje Aleksandra Dyla, Śląski Kurator Oświaty, w pisemnej odpowiedzi na pytania naszej redakcji.
Nie oznacza to, że osoba niebędąca terapeutą nie może zorganizować dzieciom wartościowego spotkania ze zwierzęciem. Może. Tyle że spotkanie edukacyjne może pozostać spotkaniem edukacyjnym. Animacja może być animacją. Zajęcia przyrodnicze mogą być zajęciami przyrodniczymi. Nie wszystko trzeba nazywać terapią. Ale do każdych zajęć trzeba posiadać odpowiednie kwalifikacje.
To nie jest tylko problem województwa śląskiego
Choć pytania skierowaliśmy do Śląskiego Kuratora Oświaty, problem nie kończy się na granicy województwa.
Kursy animaloterapii są oferowane w całej Polsce, głównie w Internecie, więc dostęp do nich nie jest ograniczony miejscem zamieszkania. Dlatego pytanie o kwalifikacje prowadzących nie dotyczy tylko Myszkowa, Częstochowy czy Katowic. Dotyczy szkół i przedszkoli w całym kraju. Oczywiście nie oznacza to, że każda osoba, która ukończyła kurs animaloterapii, prowadzi zajęcia bez wymaganych kwalifikacji. Wiele osób może posiadać odpowiednie wykształcenie, doświadczenie zawodowe, kwalifikacje pedagogiczne czy terapeutyczne, a kurs traktować dokładnie tak, jak wskazuje Kuratorium – jako kwalifikację dodatkową.
Problem pojawia się wtedy, gdy certyfikat kursu zaczyna być traktowany jako zamiennik właściwych kwalifikacji. Dlatego niezależnie od tego, czy zajęcia odbywają się na Śląsku, Mazowszu, w Małopolsce czy nad morzem, powinno paść dokładnie to samo pytanie: Kto prowadzi zajęcia i jakie ma do tego kwalifikacje?
Ładne zwierzątko na zdjęciu. Dobra cena. A kwalifikacje?
Oferta skierowana do szkoły czy przedszkola może wyglądać znakomicie.
Pies przytulający się do uczestników. Sympatyczna alpaka. Uśmiechnięte dzieci. Kolorowa grafika. Certyfikat. Zdjęcia z wcześniejszych zajęć. Do tego atrakcyjna cena.
Z punktu widzenia placówki wszystko może wyglądać idealnie: dzieci będą zadowolone, rodzice również, zajęcia są atrakcyjne i można później pokazać piękne zdjęcia na profilu placówki.
Tyle że ładne zwierzę na zdjęciu nie jest kwalifikacją zawodową. Niska cena również nią nie jest. Certyfikat kursu – jak wskazuje Śląski Kurator Oświaty – może być dodatkową kwalifikacją, ale nie zastępuje kwalifikacji wymaganych do realizacji określonego rodzaju zajęć. Dlatego pytanie dyrektora nie powinno kończyć się na: „Ile to kosztuje?”
Powinno zaczynać się od: „Kto będzie pracował z naszymi dziećmi i jakie ma do tego kwalifikacje?”
Szczególnie ważne: dzieci z orzeczeniami
Sprawa nabiera jeszcze większego znaczenia, gdy mówimy o dzieciach posiadających orzeczenie o potrzebie kształcenia specjalnego.
Jeżeli zajęcia z udziałem zwierzęcia służą realizacji zaleceń wynikających z orzeczenia albo są elementem określonego specjalistycznego wsparcia, osoba prowadząca musi posiadać kwalifikacje odpowiednie do powierzonych jej zadań.
Animaloterapia może być wówczas metodą wykorzystywaną przez wykwalifikowanego specjalistę.
Nie oznacza to jednak, że sam certyfikat instruktora animaloterapii daje kwalifikacje pedagoga specjalnego, psychologa, terapeuty pedagogicznego czy innego specjalisty. właśnie tę różnicę powinni znać zarówno rodzice, jak i osoby odpowiedzialne za organizację zajęć.
W grę wchodzą również publiczne pieniądze
Jedno z naszych pytań dotyczyło finansowania: Czy zajęcia z animaloterapii mogą być finansowane ze środków przeznaczonych na kształcenie specjalne, rewalidację, pomoc psychologiczno-pedagogiczną albo inne specjalistyczne wsparcie dziecka, jeżeli osoba prowadząca posiada wyłącznie certyfikat kursu?
Kuratorium odpowiada: – Samo ukończenie kursu instruktora animaloterapii nie jest wystarczającą podstawą do dofinansowania takich zajęć ze środków przeznaczonych na kształcenie specjalne, pomoc psychologiczno-pedagogiczną, rewalidację lub inne specjalistyczne wsparcie dziecka, jeżeli osoba prowadząca nie posiada kwalifikacji wymaganych do prowadzenia danego rodzaju zajęć – odpowiada Aleksandra Dyla, Śląski Kurator Oświaty.
To jeden z najważniejszych fragmentów całej odpowiedzi. Bo w tym momencie przestajemy rozmawiać wyłącznie o tym, czy ktoś właściwie nazwał swoją usługę. Zaczynamy mówić również o pieniądzach przeznaczonych na specjalistyczne wsparcie dzieci.
Dyrektor ma obowiązek sprawdzić
I tutaj dochodzimy do odpowiedzialności placówki. Kto powinien sprawdzić osobę, która pojawia się z ofertą prowadzenia takich zajęć?
Stanowisko Kuratorium jest jasne. – Dyrektor przedszkola, szkoły lub placówki oświatowej powinien zweryfikować, jaki charakter mają planowane zajęcia oraz czy osoba prowadząca je posiada odpowiednie kwalifikacje. Po raz kolejny należy podkreślić, że zaświadczenie ukończenia kursu z zakresu animaloterapii nie jest kwalifikacją do prowadzenia zajęć specjalistycznych w rozumieniu przepisów prawa oświatowego – podkreśla Aleksandra Dyla, Śląski Kurator Oświaty.
Nie wystarczy więc zobaczyć certyfikat z napisem „instruktor alpakoterapii”. Najpierw trzeba ustalić, co jego właściciel ma robić z dziećmi. Jeżeli prowadzi jednorazowe spotkanie edukacyjne – mamy jedną sytuację. Jeżeli ma realizować terapię, rewalidację, pomoc psychologiczno-pedagogiczną czy inne specjalistyczne wsparcie – mamy zupełnie inną. I wtedy trzeba zweryfikować kwalifikacje właśnie do konkretnego zadania.
Dyrektorze, kogo wpuszczasz do swojej placówki?
Trzeba bardzo mocno zaznaczyć jeszcze jedno. Problemem nie są psy. Nie są nim konie ani alpaki. I problemem nie jest sama animaloterapia. Z odpowiedzi Kuratorium nie wynika, że zwierzęta nie powinny uczestniczyć w pracy z dziećmi. Nie wynika również, że kurs animaloterapii jest bezwartościowy. Wręcz przeciwnie. Kuratorium wskazuje, że może być kwalifikacją dodatkową, ale dla pedagoga, psychologa, terapeuty, nauczyciela czy innego odpowiednio przygotowanego specjalisty. Wówczas zdobycie dodatkowej wiedzy dotyczącej pracy ze zwierzęciem może być wartościowym rozszerzeniem warsztatu.
Problem zaczyna się dopiero wtedy, kiedy dodatkowy kurs ma zastąpić właściwe kwalifikacje zawodowe. Albo kiedy zajęcia edukacyjne czy rekreacyjne zaczynają być sprzedawane jako specjalistyczna terapia bez odpowiedniego przygotowania osoby prowadzącej. Kuratorium wyraźnie zaznacza, że animaloterapia sama w sobie nie jest w prawie oświatowym odrębną formą zajęć. O tym, czym są zajęcia, decyduje: cel, zakres, program, sposób organizacji oraz osoba prowadząca, a nie nazwa. Nie można nazwać czegoś „felinoterapią” czy „alpakoterapią” i na tej podstawie uznać, że powstała jakaś osobna kategoria zajęć, dla której wystarczy certyfikat. Kurator wskazuje również, że przy dzieciach posiadających orzeczenie o potrzebie kształcenia specjalnego kluczowa jest realizacja zaleceń orzeczenia przez osoby posiadające kwalifikacje odpowiednie do powierzonych zadań.
Jak duża jest skala? Tego właśnie chcemy się dowiedzieć
Odpowiedź Śląskiego Kuratora Oświaty nie kończy naszego materiału. Otwiera jego kolejny rozdział. Bo skoro – jak wskazuje Kuratorium – dyrektor powinien sprawdzić charakter zajęć i kwalifikacje osoby prowadzącej, pozostaje pytanie: czy dyrektorzy rzeczywiście to robią?
Dlatego skierujemy do Kuratorium kolejne pytania. Chcemy wiedzieć, czy podczas kontroli prowadzonych w placówkach oświatowych stwierdzano przypadki prowadzenia zajęć określanych jako animaloterapia przez osoby nieposiadające kwalifikacji wymaganych dla rzeczywistego charakteru tych zajęć. Jeżeli tak – ile było takich przypadków?
Jakie nieprawidłowości stwierdzono? Czy dotyczyły kwalifikacji prowadzących? Czy niewłaściwego kwalifikowania zajęć jako terapii, rewalidacji albo pomocy psychologiczno-pedagogicznej? Czy pojawiały się problemy związane z finansowaniem? Czy wydawano dyrektorom zalecenia pokontrolne? Czy do Kuratorium wpływały skargi dotyczące takich praktyk? O problem w skali całego kraju będziemy chcieli zapytać również Ministerstwo Edukacji Narodowej. Bo jeśli rynek działa ogólnopolsko, odpowiedź na pytanie o skalę zjawiska również nie powinna kończyć się na jednym województwie.
Będziemy drążyć
Rynek animaloterapii rozwijał się przez ostatnie lata bardzo szybko. Teraz czas sprawdzić, czy równie szybko rosła świadomość osób, które takie zajęcia zamawiały i dopuszczały prowadzących do pracy z dziećmi. Chcemy poznać dane z kontroli. Chcemy wiedzieć, czy stwierdzano nieprawidłowości. I chcemy ustalić, kto w praktyce pilnuje tego rynku. Bo ostatecznie nie chodzi tutaj o zwierzęta. Nie chodzi nawet o certyfikat wiszący na ścianie. Chodzi o dzieci. I o to, komu dorośli powierzają ich terapię oraz specjalistyczne wsparcie.
Za progiem nowy rok szkolny, a wraz z nim nowe umowy na terapie. Kuratorium jasno wskazuje, jakie obowiązki ma dyrektor, jakie kwalifikacje powinien posiadać prowadzący i kiedy sam kurs nie wystarcza. Jednocześnie nie prowadzi statystyk kontroli dotyczących kwalifikacji osób realizujących animaloterapię i obecnie nie planuje odrębnych kontroli w tym zakresie. Jak duża jest więc skala zjawiska? Tego na razie nie wie nikt. I właśnie dlatego będziemy pytać dalej. A do sprawy wrócimy.

Napisz komentarz
Komentarze